Joomla Files Webdesign Erfurt
Header Pic   Header Pic
Header Pic  PfeilStrona główna arrow Relacje arrow ZWIS5 czyli co stało się z Barankiem Shaun i Psem Bitzer’em Header Pic
Header Pic

ZWIS5 czyli co stało się z Barankiem Shaun i Psem Bitzer’em Drukuj
Autor: Sado   

Niefart od samego początku

Już na samym początku nad ZWISem zgromadziły się czarne chmury Wielkiego Niefarta, które nieodzownie towarzyszyły nam do ostatniej chwili wyjazdu. Niefart chciał, że na zbiórkę na Dworcu PKS Warszawa Zachodnia prawie punktualnie stawili się wszyscy uczestnicy i także Niefart sprawił, że sabotażowe działania przeprowadzone przez kol. Bicepsa (który na kolanie wypisywał legitymacje PTTK dla kursantów) zakończyły się wielkim fiaskiem i udało nam się zdążyć na PKSa. Oczywiście, jakby tego wszystkiego było mało, Niefart sprawił, że wsiadanie do PKSa odbyło się bez tradycyjnej walki o miejsca, sam PKS zaś był ku wielkiemu rozczarowaniu wszystkich uczestników ogrzewany. W Krościenku nad Dunajcem z kolei okazało się, że w woj. małopolskim jest już dawno po feriach i bus, który kursuje tylko w dni nauki szkolnej zawiezie nas do Ochotnicy Dolnej. Atak szczytowy na Lubań także do najłatwiejszych nie należał – najpierw ktoś złośliwie poprzecierał szlaki, potem zaatakowała nas bliżej nie określona i tajemnicza jednostka miary nazywana przez znawców tematu „dwa promienie”, no i nikt nie chciał ukraść naszych plecaków pozostawionych w krzalowym depozycie. O pozostałej części dnia po prostu odechciewa się pisać – Runek, Ochotnica Górna i nocleg w Gorczańskiej Chacie. Krótko mówiąc - banał, aż ręce opadają.

 

Niespodziewany splot dziwnych wypadków 

Dzień kolejny wynurzył się zza horyzontu wolno i ospale. Niby prosta sprawa – Liberator, Kiczora i hop siup na Turbacz. Leniwym krokiem pod wodzą Moniki i Krzyśka wyruszyliśmy na szlak. Nic nie zapowiadało czyhającego na nas za szóstym zakrętem drogi niespodziewanego splotu dziwnych wydarzeń. Najpierw Maciek eF o mało nie zamroził kursantów opowieścią o Liberatorze, potem za sprawą Sado teoretycznie proste podejście pod Kiczorę zamieniło się w kilkugodzinne wytyczanie nowych ścieżek na obszarze GPN w śniegu sięgającym nieco poniżej męskich genitaliów (na formie ukształtowania terenu swą topografią nieco przypominającą słynną zachodnią ścianę Lackowej), no i jakby tego wszystkiego było mało - jakaś nadprzyrodzona siła sprawiła, że niektórzy uczestnicy wyjazdu przestali odróżniać stronę lewą od strony prawej i na odwrót. Ostatecznie jednak, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, udało nam się dotrzeć do schroniska na Turbaczu, gdzie mogliśmy się ogrzać, wysuszyć, a Agata wyrwała nawet męskiego lachona metodą „na gar z wrzątkiem”. Oczywiście należy podkreślić tu fakt, iż ów męski lachon najprawdopodobniej był już żonaty i m.in. wraz ze swoim męskim potomkiem tworzył słynny Tercet bynajmniej nie Egzotyczny, lecz Skitour’owy, z którym to jeszcze kilkakrotnie w najmniej spodziewanych momentach uda nam się spotkać w czasie tego wyjazdu.

 

Szałasowe rozczarowanie

W blasku porannego słońca, pożegnawszy się z zaprzyjaźnionym Tercetem Skitour’owym (który wyruszył zgoła w innym kierunku niż my) oraz pozostawiając malowniczy widok na Tatry za plecami opuściliśmy schronisko na Turbaczu. Przewodnictwo nad grupą objęły Opuncja i Agata, a naszym celem pośrednim był sklep w Rzekach, skąd mieliśmy zgarnąć dojeżdżającą do nas Beatę i zanabyć 9 bochenków chleba. Hitem dnia został rozprowadzany przez Łapciusia napój wyskokowy w postaci ssssPlusssszowanej herbaty i który miał imitować ten jedyny, kultowy i wyjątkowy trunek, którego brak boleśnie nam tutaj doskwierał, czyli oranżadę. W godzinach popołudniowych dotarliśmy do Rzek, skąd bez większego problemu zgarnęliśmy Beatę, jednak problematycznym okazało się przejęcie wspomnianych 9 bochenków chleba, gdyż Pani w sklepie zupełnie o nas zapomniała i żeby wywiązać się z zawartej z nami umowy chleb ów musiała swoim dzieciom od ust odejmować. Z Rzek, w blasku zachodzącego już słońca, dzielnie potuptaliśmy w kierunku Gorca, gdzie czekać miał na nas przytulny, przewiewny i nieogrzewany szałas pasterski, po drodze doń spotkać zaś mieliśmy legendarne już i ponoć grasujące w tych rejonach watahy wilków, które zwykły pożerać dziewice-turystki nieopatrznie oddzielające się od swego turystycznego stadka.
Zdrowo po zmroku, czyli punktualnie o godzinie 17:00 (dla osób niewtajemniczonych należy zaznaczyć tu, iż godzina 17:00 jest godziną posiadającą niezwykłe właściwości pozwalające zaginać czasoprzestrzeń w dowolnie wymyślne i finezyjne kształty) oczom naszym ukazał się ten jedyny, wymarzony i wyśniony, z niecierpliwością wyglądany już od pierwszych chwil wyprawy, stojący na podgorcowej polanie cel naszej wędrówki – szałas. Niestety, Niefart sprawił, iż okazał się on być już zajęty przez wrogie siły zaprzyjaźnionego w dniu poprzednim Tercetu Skitour’owego i, co gorsza, Tercet ten zdążył już napalić w piecu ... Jednym słowem - nici z mroźnej nocy spędzonej w objęciach folii NRC.
Wspomnieć tu także należy, iż dnia tego nie udało nam się spotkać żadnego wilka - i choć Agata twierdzi, że gdzieś pomiędzy krzakami dostrzegła złowrogo łypiące na nią wilcze oko, pozostali uczestnicy wyjazdu zgodnie potwierdzają wersję, iż była to tylko czołówka jednego z nich.

 

Wydeptane azymuty

Mroźny podmuch czwartkowego poranka przywitał nas wpadając do szałasowej izby wraz z Maćkiem eF, który tę noc (jak na prawdziwego SKPBola przystało) spędził na klimatyzowanym strychu, gdzie temperatury sięgały nawet – 9ºC. Chwile oczekiwania na poranny posiłek, uatrakcyjnił nam pokaz buchającego testosteronu. A wszystko to za sprawą Maćka eF & Tercet Skitour Team, którzy niczym Blaszany Drwal z bajki o Czarnoksiężniku z Oz postanowili wyposażyć pasterski szałas w zapas drewna na opał wystarczający na najbliższe trzy zimy. Po czułych pożegnaniach z Moniką i Krzyśkiem, którzy dnia tego odłączyli się od wyprawy celem powrotu do cywilizacji oraz z jakże już bliskim naszym sercom Tercetem Skitour’owym, który w dniu tym swe kroki kierował w kierunku Lubania, wyruszyliśmy w stronę Kurtynowej Koliby (gdzie czekały na nas pyszne mrożone tłustoczwartkowe pączki :)), po drodze zahaczając o Gorc, Bulandową Kapliczkę i Kiczorę (niestety ostatnia szansa na zabłądzenie i krzalowanie została zaprzepaszczona tuż za Kiczorą – ktoś tędy już „szedł na setkę” i przedeptał leśne drogi).

 

W Chabówce straszy

            Ostatni dzień wspólnego ZWISania rozpoczęliśmy krótkim przemarszem do Ochotnicy Dolnej, gdzie w białym busie czekał na nas Pan Franio. Objazdówkę zaczęliśmy od zwiedzenia elektrowni w Niedzicy, potem piwnice we Frydmanie (w których ongiś przechowywano wino bynajmniej nie tanie). Następnie krótka wizyta w kościele w Dębnie, gdzie przywitał nas nad wyraz zmęczony życiem i uczulony na wilgotne podłogi ksiądz proboszcz. Największą atrakcją tego dnia okazał się być skansen w Chabówce, gdzie w rolę przewodnika wciela się zastany na recepcji pies o nieznanym imieniu, a nad zabytkowymi lokomotywami krąży duch zaginionej w niewyjaśnionych okolicznościach recepcjonistki. Na zakończenie dnia, by atrakcji nie było zbyt mało, w magiczny sposób udało nam się przegapić nasz pociąg odjeżdżający z Chabówki do Warszawy, by następnie dziwnym zbiegiem okoliczności złapać go 10 minut później na tej samej stacji. 

 

A jeśli o Baranka Shaun chodzi, plotka głosi, że ponoć ktoś go wypchał (bynajmniej nie sianem) i umieścił w jednym z okien niedzickiego zamku. Pies Bitzer natomiast w mroźne dni widywany jest w Niedzicy – zawodząc żałośnie biega po okolicy próbując odnaleźć taksydermistę, który dopuścił się tego niecnego czynu.

 

  

W piątej edycji ZWIS wystąpili:

Olga Ł. vel Opuncja
Monika M.
Krzysiek D.
Agata K.
Beata B.
Michał N. vel Łapciu
Adrian S. vel Paćkaj
E.T.
Maciek eF

Relację zaś ku pamięci potomnych spisała Sado.

Zmieniony ( 14.03.2010. )
 
następny artykuł »
Header Pic
left unten right unten
© 2021 Koło PTTK nr 1
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.

W3C validiert