Joomla Files Webdesign Erfurt
Header Pic   Header Pic
Header Pic  PfeilStrona główna arrow Relacje arrow Relacja z AntyRajdu Header Pic
Header Pic

Relacja z AntyRajdu Drukuj
Redaktor: Poliglota   

 

antyrajdtitle.png

Relacja z najbardziej wyczekiwanej i niepoprawnej imprezy roku.

 

joker.png

 

   Liczne legendy południa wspominają o "domu" jako o przytulnym, ciepłym i przede wszystkim suchym miejscu. Liczni bardowie w swych pieśniach sławili bezpieczeństwo i wygodę rozwiązań, jakie owe "domy" dostarczają. Z tego właśnie powodu pewnego piątkowego wieczoru siedem osób z ulgą opuściło mieszkania, by udać się w okolice Sandomierza, grodu słynącego z tego, iż nie można go posądzić, aby słynął z czegokolwiek tyczącego się "domu", ani nawet budy dla psa, takiej z przeciekającym dachem. Nie chodzi jednak o to, że jest to miejsce nieprzyjazne czy niegościnne, oj nie. Sęk tkwi w tym, iż turyści mieli się tam znaleźć o godzinie 3:00, kiedy to każdy przyzwoity „dom” wyciąga zasłane łóżko do lokatora. W tej kwestii Sandomierz zaoferował wspaniałej siódemce ławki na rynku. Drewniane, dość mobilne i, jak mógłby stwierdzić całkiem niewprawny w ocenie turysta, odznaczające się modernistyczną przydatnością i ekspresyjną reklamą własnych usług, przedmioty publicznego użytku.

   W tym to właśnie miejscu nieco spóźnione względem realnego położenia gwiazdy światło słoneczne zastało naszych bohaterów. Usilnie starało się wyglądać na całkowicie niewinne, oświetlając jednocześnie czterokołowy wóz, który, dla oszczędności napędzany był tak naprawdę dwoma kołami, a jego boki ozdobione były śmiesznym napisem, którym społeczeństwo zwykło straszyć bawiącą się przy głośnej muzyce młodzież. Było jednak już za późno, nieme wyzwanie dzwoniło w uszach przytomnej części grupy niczym Dzwon Zygmunta szczelnie wypełniony watą i zabawnymi słodyczami "JoJo".

   Zareagował Pszczoła, wstał i sięgnął do kieszeni w poszukiwaniu słodyczy. Jak twierdził pewien fizyk, jeśli jakieś otoczenie nie będzie miało światła, to stamtąd nic do oczu obserwatora nie dotrze. Zatem przy założeniu, że fale świetlne nie plotkują między sobą, żadna z tych, które dotrą do oka nie będzie mogła powiedzieć co się dzieje w tym naszym rozważanym miejscu. Ten fakt chciał wykorzystać Pszczoła i dlatego szukał słodyczy. Założył, iż na takiego cukierka truskawkowego powinny rzucić się wszystkie widma światła. Problem polegał na tym, że to nie mógł być np. dowód osobisty, gdyż naukowo stwierdzono, iż kolor biały ogólnie ma uczulenie na biurokrację i w jej obecności szarzeje. Niektórzy co prawda twierdzą, że kolor biały nie jest podstawowym kolorem, że jest mieszanką wszystkich kolorów, ale bardziej mylić się nie mogą. Otóż biały jest autonomicznym i niepodległym kolorem, tylko bardzo wstydliwym i zwykle chowa się za czerwonym lub niebieskim

   Niestety Pszczoła w kieszeni poza długopisem, portfelem i dokumentami, miał tylko jedną, wytartą już z szarości komórkę i dwie leciwe dziury, które wolny czas zabijały robiąc na drutach moherowy berecik. Z jego twarzy jednak biła taka chęć współpracy i obywatelskiego obowiązku, która może gór by nie ruszyła, ale była wystarczającej wielkości, by poruszyć cztery koła z nadwoziem policyjnego samochodu.

   Nadeszła, a właściwie została przyciągnięta przez świt na baaardzo długim holu, godzina szósta. Wtedy to coraz żywiej stukające się impulsy siateczek neuronowych uczestników AntyRajdu zaczęły popisywać się przed sobą co to one nie potrafią zrobić z o wiele, wiele, wiele większymi materialnymi formami ludzkimi, we wnętrzu których brykały. Tak więc uczestnicy zaczęli obchodzić rynek, szukać otwartych sklepów i czynnych toalet

   Gorliwość poszukiwań odpowiednio zaopatrzonego sklepu sięgnęła szczytu całkiem sporej kupki kompostu, gdy grupa postanowiła ruszyć na przód.

   Celem dnia był Zawichost, gdzie strudzeni wędrowcy mieli zaznać spoczynku i drugiej refleksji nad zdrowiem własnych zmysłów.

   Pierwszym punktem po wyjściu z Sandomierza były Góry Pieprzowe. Nazwa podobno wzięła się od struktury materiału pokrywającego owe wzniesienia, co bardowie wykorzystują w swych barwnych opisach okolicy. Specjalizuje się w tym też jeden z pomniejszych wykonawców, śpiewający dla stałej publiki w postaci przeterminowanego mleka, kontenera i szczura, który właściwie pojawia się tylko dlatego, że kontener znajduje się na tyłach knajpki i jest zwykle dobrze zaopatrzony. Śpiewak ten w swoich pieśniach rozwodzi się o tym, jak to bóg zieleni przechodząc nieopodal wzbił przypadkiem w powietrze chmurę kurzu, który jak pieprz podrażnił mu nos. Bóg zaczął kichać na wszystkie strony, rozkichując w ten sposób rośliny zielne, krzaki i niewielkie drzewka, a w co obfitszych miejscach sady.

   Przedarłszy się przez wzniesienia, których nawet Mount Everest nie powstydziłby się użyć jako pieprzyka na balu sobowtórów Marilyn Monroe, siedmioro wspaniałych zaczęło zbliżać się do Dwikóz - legendarnego ośrodka przemysłu przetwórstwa owoców i warzyw na skalę niewielkiego świata rozmiarami zbliżonego do powiatu. W umysłach wszystkich zaczęła się wykluwać myśl o nieuniknionej bliskości Zawichostu. Na szczęście skorupka jajka, z którego ona się wykluwała była dość twarda.

   Jeszcze nieminiony dzień zaczął przebiegać przed oczami uczestników w tempie Wielkiej Pardubickiej z udziałem ślimaków. Przypomnieli sobie jak to jeszcze na dworcu w Warszawie zaskoczyła ich wieść, iż Sado pogubiła się w autokarze. Potem tajemnicze niepojawienie się tajemniczego uczestnika i to wszystko w tajemniczych okolicznościach. A miała ich jeszcze zaskoczyć wiadomość, że mimo iż to Sado sie pogubiła, to właśnie Edyta nie może się pozbierać. Los zdecydował, że uczestników miało pozostać siedmioro. Choć jeśliby los mógł mówić przyznałby, że decydowanie znudziło go jakieś 14 wieków temu i po pobieżnym zainteresowaniu kośćmi, przerzucił się na ruletkę i to właśnie ją stosuje od pewnego czasu z przerwami na wymiany sprzętu produkowanego w Chinach.

   Zaawansowanym godzinowo popołudniem grupa dotarła do Zawichostu. I była to najwyższa pora, gdyż już na przedpolach tego zacnego grodu zaczęło lać i to nie byle jak, bo z nieba. Jak wiadomo deszcz należy do tych rzeczy, które całkiem entuzjastycznie się lubi do czasu, gdy się nie zauważy, że się ich nie lubi.

   Na miejscu, skupiając się do stanu prawie absolutnie ciekłego, uczestnicy czekali pod daszkiem pompy, aż Bambi, człowiek z papierami, o którym legenda mówi, że dwa wcielenia wcześniej był jedynym rzetelnym 120-stronnicowym przewodnikiem po Wieliczce, uzyska informacje o położeniu szkoły. W samym miejscu odosobnionego mobbingu (tzn. nauki - jak to tłumaczą małym dzieciom rodzice), podróżnicy zabrali się za przyrządzanie "pokrzepienia dla ciała i ducha". W tym równouprawnieniu ducha z ciałem, duch zajmował należną mu drugą pozycję.

   Bambi wyciągnął „Magię i Miecz” i się zaczęło...! Długo można by pisać o rzeczach, które miały miejsce, jak i o tych, które nie wystąpiły, potem. Opisy te byłyby bardziej artystyczne niż wizerunek samej Wenus z Milo zaskoczonej podczas kąpieli. To prawda, nie kłamię, a ponadto nie należę do osób, które piszą o "licu co tysiąc okrętów w morze wyprawiło" niemogąc przedstawić odpowiedniego raportu stoczni.

   Tego wieczoru organizatorzy, którzy z organizowaniem mieli tyle wspólnego co klaster obliczeniowy ze Stonehenge, wręczyli okolicznościowy dyplom solenizantce wyjazdu, AlAl, której zaskoczenie sięgało 12-go stopnia Nonomi (jeden stopień Nonomi odpowiada porannemu zaskoczeniu na widok własnych skarpet ułożonych w szufladzie). Nagrodzony został również Pszczoła - jedyny uczestnik konkursu muzycznego AntyRajdu.

   Poranek nie zaskoczył oryginalnością. Światło słoneczne nie było w niebieskie ciapki ani zielone paski, trawa nie stanęła na głowie (na główce czosnku też jej nie było). Poli jako najlepiej przygotowany człowiek w otoczeniu '-epsilon' (gdzie epsilon to dowolnie mała liczba dodatnia), który dzięki kontaktom i odpowiedniej dawce szantażu zdołał dopisać się na stronę jako organizator, wyruszył sprawdzić autobusy udające się w kierunku Sandomierza. Do czynności tej podszedł ochoczo, a nawet gorliwie, jako że trwa on w głębokim przekonaniu, że „zapał” to nazwa czynności polegającej na rozpalaniu czegoś, a „ochoczo” i „gorliwie” są z definicji spełnione przez wszystkie gatunki zwierząt potrafiące przemieścić jeden element ciała w tym samym czasie nieporuszając drugim.

   Po śniadaniu wszyscy ruszyli zobaczyć wodowskaz, obejrzeć pobieżnie kościół i na autobus. Całe szczęście, że grupa wyszła na tyle wcześnie, żeby mieć zapas czasu, przeciekający od czasu do czasu dziurami w kieszeniach. Gdyby nie to ominęło by ich spektakularne niepojawienie się autobusu PKS. Zjawisko to zaparło dech w piersiach nawet lokalsom, co nie zdarza się często, gdyż dech w tamtych stronach uważany jest za strategiczny element przeżycia, co podobno jednak jest bajką mającą na celu ukrycie prawdziwej epidemii uzależnień od "dechu" (z ang. „the Who”) obserwowanej w tym rejonie.

   Obalone zostały wszelkie przypuszczenia o niemożliwości dokonania zakrzywienia czasoprzestrzeni metodami turystycznymi, gdyż oto siedmioro wspaniałych (w tym organizatorzy) dokonali tego. W jednej chwili przestrzeń zakrzywili do samego Zawichostu, a czas rozciągnęli do paru godzin.

   Z takim nakładem czasu, który schował się u podróżnych zapewne tylko dlatego, iż w niedzielny dzień zwykli mieszkańcy chcieliby go zabić, turyści udali się na dokładniejsze zwiedzanie sakralnych zabytków miejscowości. I przyznać trzeba, że czynność tę wykonali dokładnie, pieczołowicie i efektywnie, nawet jeśliby przetłumaczyć te przymiotniki na j. polski.

   Po zakończonym zwiedzaniu, wypadek przyczynowo-skutkowy, który najwyraźniej zerwał się z łańcucha logiki podstawił bohaterom autobus do Ostrowca Świętokrzyskiego, z którego te nadobne damy i ci mężni rycerze skorzystali, przeznaczając jedynie chwilunię niepełną na odprawienie „po łepkach” starego zwyczaju „zastanowienia się".

   I tak oto wyprawa ku końcowi zmierzała na PKS-owych fotelach regionalnego kursu niczym na czterech słoniach stojących na grzbiecie czatującej surykatki. W samym Ostrowcu podróżnicy przyczaili się na autobus do Warszawy, a zrobili to z takim kunsztem jakiego by się nie powstydził stary myśliwy, nieco głuchy, ślepy i niekontaktujący co się wokół niego dzieje.

images.jpeg

 

  Siedmioro wspaniałych:
- Karolina
- Ola (AlAl)
- Andrzej C.
- Pashczak
- Pszczoła
- Bambi
- Poli
 
antyrajdgaleria.gif
 
 
treść: Poliglota
poprawki: Bambi 
 
Po przeczytaniu skonsultuj się z ornitologiem lub farmacełtą. W czasie tworzenia relacji nie zgineły, ani nie zostały ranne żadne bóstwa, personifikacja czasu, losu, ani żaden z czterech słoni i surykatka.
Zmieniony ( 09.05.2011. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Header Pic
left unten right unten
© 2021 Koło PTTK nr 1
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.

W3C validiert